Autor

Instagram has returned invalid data.
Spotkanie,

Nie ma dobra, które by do nas nie wróciło – Polak z sercem

Nie ma dobra, które by do nas nie wróciło

Polak z sercem to nie tylko akcja o pięknej, chwytliwej nazwie, to przede wszystkim realne spotkania i realna pomoc. Doświadczenie, które dotyka każdego, kto w jakikolwiek sposób otworzy swoje serce. Dużo emocji i radości dostarcza już pierwszy etap akcji, czyli zbiórka produktów, ich sortowanie, pakowanie. Wiadomo, że jest to ciężka praca i wymaga nieco wysiłku, ale satysfakcja i chwile spędzone na pogłębianiu wspólnoty parafialnej rekompensują wszelkie minusy.

Rekolekcje w praktyce

Nie bez znaczenia jest też czas odbywania się akcji – zbiórka darów kończy się w Niedzielę Chrystusa Króla, która kończy również rok liturgiczny w Kościele. Tydzień później zaczyna się adwent, a więc segregowanie darów oraz ich transport odbywa się już w czasie oczekiwania. Dlaczego do tego nawiązuję? Bo tegoroczny wyjazd na Ukrainę z darami był dla mnie właśnie rekolekcjami adwentowymi w praktyce. Lekcją pokory, cierpliwości, zaufania Panu. Otworzeniem oczu nieco szerzej niż na moje problemy i bolączki codzienności.

Wyjazd bardzo późno w nocy lub bardzo wcześnie rano, zależy jak kto na to spojrzy, bo ruszyliśmy z Sulejówka o 3. I już po kilku godzinach jazdy czekała nas pierwsza próba. Niespodziewana sytuacja, nieplanowany przystanek i dość długa wizja oczekiwania. Chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć na Ukrainę, więc taka informacja nie spotkała się z naszym entuzjazmem. Po chwili dotarło do nas jednak, która jest godzina i że za kilkanaście minut możemy być w pobliskim kościele. Szybka decyzja. Czy można oczekiwać lepiej niż na roratach? Nie sądziliśmy, że uda nam się w trakcie podróży uczestniczyć w Mszy roratniej. Po raz kolejny doświadczyłam – nie planuj za wiele, nie zniechęcaj się. Ufaj.

 

 

Kolejna próba spotkała nas na granicy. Nie zostaliśmy przepuszczeni z przygotowanymi darami. Po odstaniu swojego w kolejce i podczas kontroli granicznej, musieliśmy zawrócić i zostawić większą część darów w zaprzyjaźnionej parafii po polskiej stronie. Mogliśmy się złościć, mogliśmy niecierpliwić, ale mogliśmy też zrobić wszystko, co możliwe, by jak najszybciej dotrzeć do celu i pomimo opóźnień zrealizować założony plan w jak największym stopniu. Udało się. Dotarliśmy do Lwowa. Późno, ale to nic, bo jutro też jest dzień…

Piątek rozpoczęliśmy od spotkania z abp. Mieczysławem Mokrzyckim. Pobłogosławieni na dalszą drogę, uposażeni w dobre słowo ruszyliśmy w kierunku Kamieńca Podolskiego. Nie padał śnieg, właściwie pogoda była naprawdę sprzyjająca podróżom i to też Boży palec, bo dzięki temu udało się uniknąć kolejnych opóźnień.

Kamieniec Podolski był naszym celem podróży, tym miejscem na które wszyscy czekaliśmy najbardziej. Odwiedziliśmy zarówno osoby starsze, jak i rodziny z dziećmi. Każde ze spotkań było inne. Wnosiło w tę podróż coś nowego i czegoś nowego uczyło.

Będę się za Was modlić…

Pierwszy dom, skromny, choć z dużym ogrodem. Docieramy do niego błotnistą drogą. Wprowadza nas i zapowiada Sasza – nauczyciel historii pomagający Ojcom Paulinom, którzy mają swój klasztor w Kamieńcu Podolskim. Furtkę otwiera sąsiadka, starsza kobieta, ale jeszcze samodzielnie poruszająca się. Dba o panią Janinę. Ona sama już nie wstaje. Wchodzimy. Przygaszone światło, na łóżku pani Janina czyta książkę. Świetnie mówi po polsku, choć w Polsce nie była bardzo dawno i raczej już taka podróż jej się nie uda. Tym bardziej cieszy się, gdy nas widzi, gdy może porozmawiać po polsku i o Polsce. Rozmowa to klucz spotkania. Zastanawiam się, kto w tamtym momencie bardziej chłonął wszystkie słowa, które wypełniały niewielką izdebkę. Wspomnienia, żywa historia – łzy powoli spływają po policzkach. Wycieramy je ukradkiem – nie chcemy, żeby pani Janina pomyślała, że to przez nią. To łzy wzruszenia, łzy wypalające pyszne, codzienne zachcianki. Nasza gospodyni też płacze. Dziękuję za otrzymane dary, za obecność w przedświątecznym czasie. Chciałoby się zostać jeszcze godzinę, dwie… niestety czas goni. Jeszcze kilka rodzin czeka, musimy iść dalej. Pani Janina macha na pożegnanie, całujemy jej spracowane dłonie. „Będę się za Was modlić, niech Bóg błogosławi Wam i wszystkim dobrym ludziom w Polsce, którzy pomogli w tym dzisiejszym spotkaniu”. Te słowa bardzo zapadły mi w pamięć, a powtarzały się właściwie podczas każdego spotkania. Słysząc je uświadomiłam sobie, że jesteśmy ambasadorami akcji Polak z sercem. Dostaliśmy szansę i jesteśmy tam na Wschodzie nie jako pojedyncze osoby, ale przede wszystkim jako przedstawiciele Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży i wszystkich ludzi dobrej woli, którzy zaangażowali się w pomoc. Wszystkie słowa podziękowania kierowane są na nasze ręce, ale po to byśmy zawieźli je do Polski i przekazali.

Znów jedziemy przez wąskie i błotniste dróżki. Rodziny, które odwiedzamy nie mieszkają w samym Kamieńcu Podolskim, ale także w obszarze okolicznych wiosek. Nie wszędzie da się dojechać autem. Samochód zakopuje się. Dalej trzeba iść pieszo. Bierzemy paczki. Droga wiedzie pod górę, to nie jest teren nizinny. Przychodzi wtedy ze zdwojoną siłą myśl, że my teraz jednorazowo wnosimy te rzeczy, a ludzie tu mieszkający muszą pokonywać tę drogę o wiele, wiele częściej…

Weźcie, to z naszego ogrodu…

Odwiedzamy starsze małżeństwo, samotną kobietę chorującą na serce, a także dwie rodziny. W jednym z domów zostawiamy paczkę dla sąsiadki – jej syn alkoholik niestety zabrałby przyniesione rzeczy. Sąsiedzi przekażą dary w odpowiednim czasie, w mniejszych porcjach. Oglądamy zdjęcia. „To moja wnuczka, a to syn i mąż świętej pamięci…” Każdy z domów wygląda podobnie – skromne, by nie rzec ubogie, niewielkie pomieszczenia, a w nich zawsze te same elementy – łóżko, stół oraz piec. Dzięki temu w domu nie jest zimno. Na ścianach obrazki – z Jezusem Miłosiernym oraz Matką Bożą Częstochowską. Niewiele, ale po żadnej z odwiedzanych rodzin nie widać żalu, czy pretensji. Oni cieszą się z tego co mają. Doceniają chwile spotkania. Nie chcą czasu marnować na narzekanie, utyskiwanie. Chwile spotkania wypełniają opowieści o rodzinie, dawnych czasach, odwiedzinach w Polsce. Wsłuchiwanie się w to, co dziś zajmuje polską młodzież. Dostajemy siatkę jabłek i orzechów. „Weźcie, to z naszego ogrodu, sam zbierałem, proszę”. Zajadamy się nimi w samochodzie i znów przychodzi refleksja. Ci ludzie nie mają prawie nic, a i tak dzielą się tym co mają. Nauka miłości w praktyce. Do Pana Boga i do bliźniego. Wdzięczność za wszystko co mam, co otrzymuje od innych. Wdzięczność Panu Bogu. Każde pożegnanie kończy się błogosławieństwem na dalszą drogę. Tak często gubimy tę zdolność. Lubimy ponarzekać, poutyskiwać na codzienność. Takie spotkania to szybki, zimny prysznic. Poukładanie na nowo właściwej hierarchii wartości.

Dzwonimy do furtki, nikt nie otwiera, ale u sąsiadów świeci się światło. Otwiera nam miła kobieta – „Zapraszamy, rodzina, której szukacie jest u nas. Różaniec odmawiamy, jak każdego dnia o tej porze”. Przy stole trójka dzieci oraz mama. Dziewczynka przytula otrzymanego pluszaka z ogromną czułością. Wzrok pada na stół – stoi na nim świeca, a obok rozłożona jest kartka z zapisanymi intencjami różańcowymi. Do tych intencji dołączyli też darczyńcy akcji Polak z sercem…

Wiele historii zapisało się po wyjeździe na Ukrainę w sercu każdego z uczestników. Na pewno dla każdego jakiś inny, ale bardzo konkretny aspekt był tym szczególnym, tym zmieniającym perspektywę. Wracamy do Polski bogatsi. Czy będziemy umieli to bogactwo przekazywać innym w codzienności? Oby tak.

Wciąż też trwa akcja sms, w której dzięki wysłaniu wiadomości o treści KRESY” pod numer 72052 (koszt: 2,46 zł z VAT) pomagamy zbierać fundusze m.in. na pobyt w Polsce, dzieci z polskich rodzin ze wschodu, podczas wakacji 2020.

Wciąż możesz zostać Polakiem z sercem. Nie ma dobra, które by do nas nie wróciło.

Ono się mnoży, kiedy się je dzieli.

Słowo,

Życie

W zeszłym roku w Uroczystość Zwiastowania Pańskiego (wyjątkowo, niedokładnie 9 miesięcy przed Bożym Narodzeniem, czyli 25 marca, ale 9 kwietnia, czyli w poniedziałek po Niedzieli Miłosierdzia Bożego, z racji na to, że 25 marca zgodnie z kalendarzem liturgicznym przypadała Niedziela Palmowa, która rozpoczyna obchody Wielkiego Tygodnia mające w Kościele szczególną rangę) po raz pierwszy dołączyłam do Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego Zagrożonego Zagładą. Trochę się obawiałam, czy podołam, czy na pewno jest sens, bym wiązała się takim zobowiązaniem na tak długi czas. Odwagi dodało mi wtedy to, że razem ze mną jeszcze dwie moje dobre koleżanki zdecydowały się na złożenie przyrzeczenia.

Pamiętam emocje, które towarzyszyły mi, gdy wraz z innymi stałam w moim parafialnym kościele i gdy najpierw wspólnie odczytaliśmy słowa przyrzeczenia, a następnie po raz pierwszy modlitwę, by chwilę później wpisać się do księgi parafialnej, uroczyście potwierdzając rozpoczęcie Duchowej Adopcji. To było naprawdę wzruszające i bardzo mocno pomogło mi odczuć, że od tej pory, przez 9 miesięcy, jestem częścią czyjegoś życia. I to nie jednego. Modlę się przecież zarówno o to nowe, które dopiero co pojawiło się na świecie, by mogło rozwijać się w miłości, ale także za jego rodziców, którzy w tym momencie być może się boją, nie radzą sobie z trudnościami życia, nie potrafią przyjąć  swojego dziecka z miłością.

Adopcja polega na wzięciu w duchową opiekę dziecka przez 9 miesięcy. Codziennie osoba adoptująca odmawia jedną dziesiątkę różańca oraz specjalną modlitwę. Można do modlitwy dołączyć postanowienie, np. post, jałmużnę, ale nie jest to obligatoryjne.

Dla mnie ogromnie piękne jest w tej modlitwie to, że jest w 100% bezinteresowna. Nigdy, tu na ziemi, nie poznam rodziny, za którą się modlę. Nie znam imienia dziecka, ani nawet jego płci. To wie tylko Pan Bóg.

Po Mszy, na której rozpoczęłam Duchową Adopcję pobrałam na telefon aplikację Adoptuj Życie. Jest ona dostępna zarówno na system Android, jak i na iOS i przyznaję, że jest naprawdę wspaniałą pomocą – przypominajką i motywatorem. Znajdziemy w aplikacji grafikę dziecka, która będzie się zmieniać zgodnie z rozwojem dziecka w kolejnych tygodniach życia, modlitwę do codziennego odmawiania, rozważania różańca, a także bardzo uroczy element, jakim jest codzienna myśl od malucha. Ponadto Duchowy Rodzic ma dostęp do zdjęć USG (od 6 tygodnia) oraz może posłuchać bicia serca dziecka (od 3 tygodnia). Po wybraniu godziny można ustawić opcję codziennego powiadomienia przypominającego o modlitwie.

Modlitwa za inne życie odmienia życie modlącego się. Trochę o tym jak odmieniła ona choćby moją hierarchię pisałam we wpisie „Odzyskany czas”, ale zasadniczo trudno nawet opisać całość dobra, które wylało się w moją codzienność dzięki dołączeniu do tego modlitewnego dzieła.

Pierwsze moje omodlone dziecko jest już na świecie, podczas Światowych Dni Młodzieży w Panamie objęłam modlitwą kolejne i jestem pewna, że chcę być w tym dziele już do końca życia.

O duchowej adopcji przeczytasz dokładniej na stronie Duchowa adopcja.pl

A ja mam propozycję, idealną na dzisiejszy dzień – Dzień Świętości Życia oraz Uroczystość Zwiastowania Pańskiego.

Jeśli jeszcze nie jesteś w dziele Duchowej Adopcji, to dziś jest piękny moment na jej rozpoczęcie – w wielu parafiach można zrobić to uroczyście ze wspólnotą Kościoła. A jeśli trwasz już w modlitwie, to spróbuj zachęcić dziś jedną nową osobę do podjęcia dzieła. Niech to będzie nasze dzisiejsze wielkopostne zadanie z realizacją długoterminową, a może nawet bezterminową.

 

 

 

 

Spotkanie,

Bóg ma plan dla każdego z nas

Światowych Dniach Młodzieży, czyli ważnej części mojego życia. Jak to się w sumie zaczęło, że dziś jestem tu, gdzie jestem? Jakiś czas temu dałam się namówić na świadectwo dla miesięcznika Wzrastanie. Tekst ukazał się w grudniowym numerze, a od dziś dostępny także tutaj.

Rok 2010, lekcja religii i gość – miły chłopak, chyba młody katecheta, który opowiada o jakimś spotkaniu młodych. Ma prezentację, mówi o swoich doświadczeniach, przeżyciach. Widzę w jego oku błysk i… w zasadzie to tyle. Wiem, że jest zaangażowany w to, co robi, wiem, że to, o czym mówi, jest dla niego autentycznie ważne, ale z mojej strony po tym jest… kropka. Dzwonek – za dziesięć minut następna lekcja, trzeba dobrze wykorzystać ten czas. Informacje o Światowych Dniach Młodzieży wypadają z mojej głowy tak samo szybko, jak się w niej pojawiły.

Dwa lata później. Msza Święta i ogłoszenia, w czasie których młody ksiądz z entuzjazmem mówi o Światowych Dniach Młodzieży. O szansie wyjazdu do odległej Brazylii, przeżyciu przygody życia i doświadczeniu żywej wspólnoty wiary. Słucham, nie powiem, że wizja nie jest interesująca. I znów kropka.

Czas, o którym piszę, to liceum oraz początek studiów. Jaka wtedy byłam? Myślę, że przywołam trzy określenia – nieśmiała, trochę strachliwa, ani gorąca, ani zimna w mojej wierze, po prostu letnia, a w tym wszystkim poszukująca.

28 lipca 2013 r. – Msza kończąca ŚDM w Rio. Pamiętam, że telewizor był włączony, a ja siedziałam w kuchni i co jakiś czas zerkałam w stronę transmisji z Copacabany. W zasadzie nawet interesująco wyglądały te tłumy młodych ludzi, wsłuchujące się w słowa Ojca Świętego. Nie pamiętam, czy żałowałam wtedy, że mnie z nimi nie ma, ale pamiętam bardzo dobrze, co poczułam, gdy po Aniele Pańskim papież ogłosił, że kolejne Światowe Dni Młodzieży odbędą się w Krakowie. W Polsce, tak blisko, to chyba jedyna taka szansa w moim życiu, bo przecież w Częstochowie w 1991 roku nie było mnie jeszcze nawet na świecie… Kolejna okazja może się już nie zdarzyć. Wiedziałam wtedy, że muszę coś zrobić. Nie wiedziałam co, ale byłam pewna, że zostawienie tej sprawy tak, jakby zupełnie mnie nie dotyczyła, będzie ogromną przegraną dla mnie samej. Potraktowałam to jako wyzwanie i szansę na wkroczenie w nieznany dotąd świat Kościoła, ocenienie go i podjęcie decyzji, co dalej z moim życiem.

Odpowiedź jak zrealizować to pragnienie serca, przyszła szybko – po powrocie z Rio, grupa pielgrzymów wraz z księdzem rozpoczęła w diecezji warszawsko-praskiej działania przygotowujące do powstania Diecezjalnego Centrum ŚDM. Ogłoszono konkurs na logo, potem pierwsze spotkanie dla wolontariuszy. Zupełnie nie rozumiałam, co mną wtedy kierowało, ale pomimo chorobliwej nieśmiałości poszłam i usiadłam w grupie innych młodych osób w podziemiach katedry. Słuchałam tego, co mówili ksiądz biskup, uczestnicy wyjazdu na ŚDM do Rio i czułam się dobrze. Nie znałam nikogo i chyba z nikim nie zamieniłam wtedy nawet słowa, ale nie czułam się obco. Zaczęłam obserwować w sieci działania ogłaszane przez Diecezjalne Duszpasterstwo Młodzieży – zaproszenia na spotkania, dni formacyjne, akcje, do których poszukiwano wolontariuszy. Zupełnie nie wiem, kiedy wciągnęłam się w to jeszcze bardziej. Powoli poznawałam nowe osoby i choć wciąż trzymałam się na uboczu, to jednocześnie starałam się jak najwięcej dać z siebie. I wtedy dostałam szansę. Propozycję, by wyjechać na weekend z kilkoma osobami najbardziej zaangażowanymi w przygotowania. Mieliśmy się poznać, porozmawiać o przyszłości i kierunku przygotowań do dni w diecezji. Znów zupełnie nie rozumiem, czemu to zrobiłam, ale zgodziłam się. To było bardzo niepodobne do mojego sposobu bycia. I choć początkowo żałowałam mojego braku asertywności, to z czasem zrozumiałam, że moja obecność tam była szansą, darem. Od tego wyjazdu wszystko potoczyło się lawinowo. Pierwsza audycja radiowa, w której byłam gościem. Wcześniej niewyobrażalne, a jednak – coś mówiłam, i to do mikrofonu, ze świadomością audytorium słuchaczy po drugiej stronie radioodbiornika. Nauka obsługi programów graficznych. Z pomocą tutoriali znalezionych w sieci, a także metodą prób i błędów uczyłam się tworzenia najprostszych plakatów i grafik. Taka była w tamtym momencie potrzeba, a ja pomyślałam, że z moim zamiłowaniem do rysowania powinnam na nią odpowiedzieć najlepiej, jak będę umieć. Z czasem pojawiła się idea niedziel z ŚDM. Miałam na nich pomagać w rozprowadzaniu gadżetów-cegiełek. Wyszło nieco inaczej – dzieliłam się świadectwem, takim jak dziś z wami. Nieśmiała ja, mówiąca z ambony do kościoła pełnego ludzi i to na kilku mszach w ciągu dnia. Gdyby ktoś przed 2013 rokiem opowiedział mi o takim pomyśle, z uśmiechem (albo i bez) popukałabym się w czoło. Pan Bóg miał plan i gdy tylko z Nim współpracowałam lub chociaż nie stawiałam za wszelką cenę oporu, realizował Go w moim życiu. Kolejne dwa lata to przepiękny czas mojej posługi w Centrum ŚDM Diecezji Warszawsko-Praskiej, poznawania nowych ludzi, uczenia się nowych rzeczy, przełamywania barier. Choć czasem odbywało się to metodą rzutu na głęboką wodę, to zawsze obok byli ci, którzy uczyli mnie, że w tym skoku nie jestem sama. Są oni – z ludzkimi podpowiedziami i motywacją, ale przede wszystkim jest On, zawsze czule trzymający moją dłoń, gdy nogi uginały się ze stresu. Radujący się każdym moim małym kroczkiem. Niby to tylko dwa lata, a w moim życiu jakby lata świetlne.

Przyszedł czas dni w diecezji – intensywny, ale piękny, a po nim Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. Jechałam tam z grupką znajomych i bratem. Czułam, że spełniają się moje marzenia, ale bałam się też powrotu do „codziennej rutyny”. Trzy lata przygotowań do ŚDM zmieniły mnie i moje życie. Zastanawiałam się, co będzie dalej. Teraz, z perspektywy czasu, wiem, że to były moje ludzkie obawy i lęki. Zupełnie niepotrzebne, bo Pan Bóg jest niezmierzony w swej dobroci i hojności, i pamięta o każdym swoim dziecku. Rozpoczęłam pracę w radiu, rok później w Krajowym Biurze Organizacyjnym ŚDM. Dostałam szansę uczestniczenia w marcowym spotkaniu pre-synodalnym w Rzymie jako delegatka z Polski. Nawiązałam znajomości z rówieśnikami z całej Polski i odkryłam, jak piękny może być Kościół. Jak piękni są ludzie, dla których świętość jest celem życia.

Pan Bóg wielokrotnie pukał do mojego serca, tylko ja bardzo mocno trzymałam drzwi. W 2013 roku znalazł szczelinę i rozpoczął coś zupełnie nowego. Postawił w moim życiu ludzi, którzy pomogli mi rozwinąć talenty skryte głęboko pod zasłoną strachu. Pokazali mi Pana Boga. Powoli, krok po kroku. Obserwowanie ich relacji z Nim, ich życia, radości, ale i trudności, z którymi się mierzą, i to, gdzie w tych momentach ich życia jest Pan Bóg, pomogło mi zbudować moją własną drogę do Niego. I choć lęk czasem (a w sumie przy każdym nowym wyzwaniu) się pojawia, to dziś już wiem, że jest Ktoś, kto chce w niego wejść. Wiem, że nie jestem sama. Raz jest lepiej, a raz gorzej. Upadam, ale nie tkwię w tym dole, podnoszę się z Nim. Stale uczę się ufać, bo jestem pewna, że z Chrystusem jest to najlepsza (choć nie zawsze najłatwiejsza) z dróg. I taką refleksję chciałabym pozostawić każdej osobie, która czyta ten tekst – choć czasem jest to bardzo trudne, bo każdy z nas ma swoją drogę naznaczoną indywidualnymi doświadczeniami i relacjami, to warto dać szansę na to, by Pan Bóg mógł wejść przez malutką szczelinę do naszego serca. Ja przez długi czas szukałam, czułam się zagubiona, ale nie dawałam szansy na odnalezienie mnie. Bardzo lubię zdanie, które kiedyś przeczytałam w sieci: „Modlić się, to pójść na spacer z Bogiem po to, by uzgodnić wspólne marzenia”. Nie zawsze to, czego chcemy lub szukamy w danym momencie życia jest dla nas dobre, choć wydaje nam się jednym słusznym planem. Pan Bóg naprawdę wie, co nosimy w głębi siebie, chce naszego szczęścia i daje nam je – tylko wtedy, gdy jest ono dla nas rzeczywiście w największym i najowocniejszym wymiarze. Trzeba tylko zaufać.

Nie jest ważne, czy uczestniczyłeś w ŚDM w Krakowie lub czy będziesz mógł jechać na ŚDM do Panamy. To wydarzenie piękne i ubogacające, podsumowujące pewien etap duszpasterski, ale niekończące drogi. To takie kamienie milowe na naszej drodze duchowego rozwoju, który trwa cały czas. Ojciec Święty daje nam młodym orędzia, które są naszymi drogowskazami na dany rok przygotowań. W wymiarze diecezjalnym, co roku odbywają się w Niedzielę Palmową spotkania młodych z biskupem miejsca. W twojej parafii, dekanacie, diecezji na pewno działa wiele wspólnot. Poszukaj, otwórz serce, a Pan Bóg pokieruje cię najlepszą z dróg.

 

 

 

Myśl,

Teraz

Po ŚDM w Rio pozostało kultowe już wezwanie Papieża Franciszka do robienia rabanu, po Krakowie do języka weszło na dobre sformułowanie „zejdź z kanapy”, a jak z Panamą?